O różnych przyczynach cierpienia
- terapiaolesnica
- 7 gru 2025
- 4 minut(y) czytania
W sporach o zdrowie psychiczne od lat odbija się ta sama, nigdy nierozstrzygnięta walka: czy „szaleństwo” rodzi się w człowieku, czy w świecie, który go otacza?

Historia psychiatrii pokazuje, jak bardzo definicje normalności potrafią działać jak narzędzia - polityczne, społeczne, klasowe. Kolejne epoki próbowały wskazać winnych: samych cierpiących, geny, rodziny, kulturę, ekonomię, wojny, politykę. Jedni widzieli w psychiatrii przestrzeń ulgi i ratunku, inni system dyscyplinowania i uciszania.
Gdziekolwiek przesuwa się akcent, zawsze wraca to samo pytanie: co właściwie diagnozujemy?
Cierpienie jednostki czy pęknięcia w rzeczywistości, którą musi unieść?
Uderzający jest spór między „biologicznym” a „społecznym”, lecz także to, jak bardzo te dwa porządki były zawsze splecione. Wystarczy uważnie wsłuchać się w ciało osoby cierpiącej, żeby zobaczyć, że jest nasiąknięte historią życia, relacjami, doświadczeniami straty i wstydu, a to, co społeczne, zagnieżdża się w neuronach, rytmach stresu, bezsennościach, w oddechu pozostającym zbyt wysoko w klatce.
Dyskusja o źródłach „szaleństwa” zawsze była więc próbą uchwycenia tego miejsca, gdzie świat zewnętrzny i świat wewnętrzny zderzają się ze sobą tak mocno, że pękają - czasem w człowieku, czasem w samej strukturze, która go otacza.
Ważne jest także to, jak łatwo w przeszłości i dziś pewne grupy ludzi patologizować.
Ubóstwo stawało się diagnozą. Sprzeciw stawał się diagnozą. Głośniejsza emocja, niezgoda, krzyk, rozpacz - stawały się diagnozą. A terapia bywała czasem bardziej próbą przywrócenia „poprawnego” zachowania niż realnego wsłuchania się w ból. Widać to choćby w historii instytucji psychiatrycznych, w których to, jak leczono, zależało często bardziej od czyjejś pozycji społecznej niż od jakości cierpienia. Jedni dostawali przestrzeń, dialog, eksperymenty i nadzieję - inni leki tłumiące, zamknięte drzwi i przypisanie do kategorii, które nie pozwalały już mówić własnym głosem.
Ale równie niepokojące jest coś innego: skłonność kultury do wymazywania kontekstu.
Sposób, w jaki mówimy o chorobie, kształtuje nie tylko leczenie, ale też to, jak społeczeństwo widzi cierpiących - język może leczyć albo ranić.
Opowieści o „chorobie psychicznej” zbyt łatwo odklejają się od świata, w którym ludzie żyją. Jakby depresja, lęk, psychoza, rozpad nie były reakcjami na nierówności społeczne i wielopokoleniowe ograniczenia: na braki w edukacji, na niedostatek narzędzi, które pozwalają w ogóle rozumieć własne emocje; na dorastanie w środowiskach, gdzie nie ma miejsca ani czasu na rozwój psychiczny, bo całe życie sprowadza się do przetrwania. Jakby doświadczenia przemocy, uciszenia, dyskryminacji, samotności, chronicznego wstydu czy ekonomicznej niepewności nie odciskały się na układzie nerwowym tak realnie, jak głód czy chłód.
Jakby jednostka cierpiała w próżni.
Jakby była autonomicznym źródłem własnego bólu, a nie miejscem, w którym ogniskuje się to, czego społeczeństwo nie chce o sobie usłyszeć.
W latach 60. i 70. wiele osób zaczęło to głośno nazywać. Mówiono, że „choroba psychiczna” jest czasem wskaźnikiem choroby społecznej. Że objawy są reakcją na to, co przemocowe, niewyrażalne, nie do zniesienia. Że to, co w jednostce nazywamy zaburzeniem, bywa logiczną odpowiedzią na struktury, które ją otaczają. I że jeśli jakieś społeczeństwo utrzymuje w ryzach mniejszości, kobiety, osoby młode czy ubogie - to psychiatryzacja ich gniewu, bólu czy chaosu bywa wygodnym narzędziem utrzymywania porządku.
Nie można mówić o psychiatrii w oderwaniu od pytania: kto ma dostęp do terapii, a kto zostaje zredukowany do statystyki i zamkniętych drzwi?
Do odrobienia dla nas wszystkich jest lekcja uważności na to, co niewypowiedziane. Na to, że czasami ktoś choruje nie dlatego, że „ma w sobie zaburzenie”, tylko z powodu tego, że nie wytrzymuje natłoku tego, czego nikt nie chce lub nie jest w stanie z nim unieść.
Czasami ciało somatyzuje, bo nikt nie słyszy języka, w którym człowiek próbuje mówić o swojej sytuacji. Czasami objaw jest bardziej listem do świata niż prywatną katastrofą jednostki. Czasami jest tak, że nie wystarcza nam zasobów, które pozwalają udźwignąć nas samych i system, w którym żyjemy.
Psychiatria bywa miejscem ocalenia szczególnie tam, gdzie cierpienie przekracza ludzką możliwość trzymania siebie. Jak każde narzędzie - także to najbardziej potrzebne może działać inaczej, kiedy zostaje wyrwane z kontekstu życia człowieka.
Dlatego dzisiejsza terapia - ta, która naprawdę słucha musi wyjść poza klasyfikacyjne rozumienie cierpienia. Musi widzieć splątanie biologii i biografii, systemu nerwowego i systemów społecznych. Musi mieć odwagę zadawać pytania niewygodne: czy naprawdę podejmujemy cierpienie człowieka, czy próbujemy ułożyć go z powrotem w ramy, które go krzywdzą? Czy diagnoza jest pomocą, czy uciszeniem? Czy objaw jest patologią, czy sygnałem, że coś w polu relacji rodzinnych, ekonomicznych, kulturowych - nie działa?
Nie trzeba odrzucać psychiatrii ani romantyzować cierpienia. Jednak pamiętajmy, że żadne cierpienie psychiczne nie powstaje w próżni. Że w bólu jednostki zapisane są pęknięcia świata, który ją ukształtował. I że jeśli chcemy naprawdę pomagać, musimy widzieć człowieka nie jako „zaburzenie”, lecz jako miejsce przecięcia tysięcy sił biologicznych, społecznych, relacyjnych, historycznych.
Pomoc psychiczna, jeśli ma być skuteczna, musi łączyć wrażliwość na biologię, badanie indywidualności z rozumieniem kontekstu społecznego - inaczej ryzykujemy redukcję człowieka.
Trzeba dziś odwagi w budowaniu mostów między dziedzinami. Psychiatria, psychologia, socjologia, neurobiologia, ekonomia, różne nurty psychoterapii, medycyna itd. - każda widzi inny wycinek ludzkiego cierpienia. Jeśli te perspektywy zaczynają się wzajemnie wykluczać, odtwarzamy chaos i strukturalne powtórzenia mechanizmów, które samo cierpienie wzmacniają lub wręcz tworzą.
Współpraca interdyscyplinarna nie jest luksusem, tylko warunkiem skutecznej pomocy. Dopiero kiedy wiedza i doświadczenie różnych specjalistów spotykają się w prawdziwym dialogu, pojawia się szansa na wsparcie, które widzi człowieka w całej złożoności jego biologii, biografii i świata społecznego.
Brak współpracy między specjalistami nie jest tylko problemem metodologicznym – to realne ryzyko pogłębiania cierpienia i utrwalania nierówności w dostępie do pomocy.
Interdyscyplinarność i różnorodność sporze to nie kompromis, lecz konieczność - bo żadne pojedyncze narzędzie nie uniesie złożoności ludzkiego bólu.
Przyszłość naszego zdrowia zależy od odwagi zadawania pytań nie tylko o objawy, ale o struktury, które je wytwarzają.
To szansa, na przestrzeń, w której objaw może stać się zrozumiały, a człowiek - słyszalny.
Obraz: Once a Chicken, Always a Chicken, węgierskiego artysty László Moholy-Nagy



Komentarze