O spotkaniu
- terapiaolesnica
- 21 lis 2025
- 2 minut(y) czytania
83 lata temu, w 1942 roku, życie Bruno Schulza zostało brutalnie przerwane – tak, jakby jego zdanie zostało przecięte w połowie.
Gdyby nie wojna, powstałoby więcej słów, które dziś pomagałyby nam rozumieć między-ludzkie przestrzenie.
Schulz patrzył na świat w sposób, który przekraczał proste kategorie.
Widzi relacje tam, gdzie inni widzą granice.
Drugi człowiek nie jest dla niego zagrożeniem, lecz światem – złożonym, nieprzejrzystym, ale dostępnym, jeśli potrafimy wytrzymać własny lęk.
Spotkanie jest wymagające.
Zmienia naszą trajektorię.
Wymaga decyzji, wysiłku, rezygnacji z prostych odpowiedzi.
Nienawiść, przeciwnie, jest natychmiastowa i oszczędza pracy psychicznej; dlatego bywa tak kusząca.
W Sklepach cynamonowych Schulz pisze o półciemnej sieni, gdzie zapach domu jest „alembikiem krwi i sekretu losu”.
To nie metafora ozdobna, lecz opis doświadczenia granicznego: miejsca, w którym to, co osobiste i wspólne, zaczyna się splatać.
Próg, sień, wejście – to momenty, w których coś w nas się przesuwa.
Nie są jedynie architekturą, lecz stanem świadomości.
Na progu łatwiej zobaczyć szczegół, drobny gest, zawahanie – sygnały, w których niekiedy mieści się cała narracja o drugim człowieku.
Wejście do czyjegoś domu, dosłownie lub symbolicznie, jest ryzykiem.
To chwilowe zawieszenie znanych znaczeń i rozpoznawanie ich od nowa.
Czas zmienia wtedy swoją gęstość; myśli organizują się inaczej; obcość staje się jednym z elementów orientacji.
Schulz wiedział, że wzajemne rozpoznanie nie zaczyna się od słów, lecz od uważności.
Od gotowości, by zobaczyć w drugim kimś pokrewnym – choćby tylko na moment i na pewnym poziomie losu.
„Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi?” – pytał.
Jego słowa pozostają otwarte jak uchylone drzwi.
Wracają do nas w chwilach, kiedy próbujemy zdecydować, czy wejść dalej, czy się wycofać.
I kierują jedno pytanie, które nie traci swojej ostrości:

czy potrafimy jeszcze podjąć ryzyko spotkania.



Komentarze