wpatrując się w ciemność
- terapiaolesnica
- 24 paź 2025
- 3 minut(y) czytania
Dlaczego lubimy się bać oglądając filmy? To trochę jak rytuał. Siadamy w miękkim fotelu, czujemy oparcie w znanej przestrzeni, włączamy film – i voilà!
Przenosimy się za kurtynę najstraszniejszych odczuć.
Może w świecie, który odsuwa nas od doznań, strach jakby przywraca nas ciału. Krew krąży szybciej, nozdrza pulsują, źrenice ciemnieją. Coś w nas potrzebuje tego pobudzenia – ale w bezpiecznej strefie, strefie „tak jakby”.
W psychoterapii „tak jakby” nie jest ucieczką od rzeczywistości, lecz sposobem jej pomieszczenia. To, co niemożliwe, może w nim znaleźć formę. Na co dzień robimy wszystko, by się nie bać, a jednak coś nas ciągnie, by lęk eksplorować.
Ekran staje się jakby przestrzenią dla nas – miejscem spotkania z tym, co w codzienności byłoby nie do zniesienia. Gdy się boimy, jesteśmy zdolni do najbardziej rozpaczliwych i strasznych odruchów, byle tylko zachować poczucie pewności. Czy właśnie dlatego sztuka filmowa tak bujnie rozkwita w cieniu niepokoju?
Zwykle toczymy dzień za dniem, jakby między nami a światem istniała cienka warstwa przezroczystego szkła. W kinie ta szyba staje się ekranem – powierzchnią, na której wyświetla się nam własny lęk. Gdy coś trudnego się zbliża, strach potrafi rozbić tę taflę. Odruchowo chcemy ją naprawić, albo walczyć z wylatującymi potworami. Ale może też jesteśmy zdolni, by usiąść, poczuć i wpatrzyć się w tę ciemność ? Pozwolić, by nasz osobisty obraz sam się wyświetlił? Co tak naprawdę pojawiłoby się za tym strachem? Jakie inne uczucia by przyniosło? Jakie myśli, doświadczenia, historie, sytuacje? Jaka byłaby puenta tego filmu? A może jej brak byłby właśnie najstraszliwszy?
Czy strach zawsze oznacza realne zagrożenie? Gdy się boimy, czy to naprawdę dzieje się teraz – czy może odtwarza się także film z wnętrza nas samych?
Włączamy film i jakby rytualnie pozwalamy ciału reagować: czujemy puls, oddech, wilgoć skóry. Powtarzamy ruch, by się bać i przekonać, że to był tylko film – jakbyśmy przez chwilę mogli być blisko własnego lęku, nie ryzykując, że nas pochłonie.
Iść tam i powrócić żywym.
Może groza jest nam potrzebna bardziej, niż sądziliśmy – jako powrót do najbardziej pierwotnej formy kontaktu nas samych z czymś nieokiełznanym? Jak emocjonalny taniec, który uczy kolejnych ruchów, aż powstanie pewna całość układu?
W dobrych filmach nie chodzi o potwory same w sobie, lecz o to, co reprezentują – o pęknięcie w ludzkim doświadczeniu. Dziecko Rosemary, Lśnienie nie straszą z zewnątrz, lecz od środka. Lęk staje się wehikułem spotkania z tym, co w nas nieznośne, wyparte, rozdzielone. Strach odsłania, że granica między „ja” a „nie-ja” jest umowna. To, czego się boimy, często już w nas mieszka – w tej części psychiki, którą nagle musieliśmy opuścić.
Bion nazwał to nameless dread – bezimiennym strachem, który przekracza zdolność umysłu do symbolizacji. Wtedy potrzebny jest drugi umysł, który pomieści go i nada mu kształt. Horror pozwala dotknąć tego miejsca, ale w warunkach symbolicznego bezpieczeństwa – w zaciszu domu lub w ciemności kina, w rytmie westchnień innych widzów, w świadomości, że zaraz się skończy.
A jednak i tak coś się wtedy naprawdę w nas wydarza.
Umysł napotyka własne granice i rozszerza się, by znieść to, co wcześniej było nie do pomyślenia. To jest jak sekretne, symboliczne przejście przez próg, za którym czai się to, co dopiero zaczyna mówić.
Ciekawe jest przeżywanie grozy wspólnie – w kinie, w relacji, w społecznym rezonansie – jest formą reverie, śnienia wspólnotowego. Groza, przeżywana razem, przestaje być tylko prywatnym koszmarem – staje się doświadczeniem, które łączy, a nie izoluje. To moment, w którym wspólnie przyjmujemy to, czego w pojedynkę byśmy nie wytrzymali. Jeśli tylko potrafimy patrzeć, nie uciekając. Współ-być w tym. To, co nas przeraża, zaczyna być oswajane przez sam akt spoglądania i przetwarzania.
Zdolność do przeżywania strachu staje się więc gestem odwagi: próbą przyjęcia w siebie fragmentów rzeczywistości, które wcześniej istniały tylko za szybą.
Wpatrując się w ciemność, uczymy się jej konturów – powoli, bez gwarancji ukojenia, ale z coraz większą zdolnością, by być.
Strach nie jest przeciwieństwem bycia. Jest jego warunkiem.
Lśnieniem czegoś w nas.
Ten, kto odważył się zobaczyć własne potwory, potrafi pomieścić cudze.
W terapii – jeśli mamy szczęście – tym ekranem staje się miejsce pomiędzy, „tak jakby”, gdzie można wyświetlić własną grozę przy kimś, kto ma na nią miejsce i znajdzie dla niej język.
Gdy jednak brakuje tego miejsca, horror dzieje się naprawdę – tu i teraz, w gabinecie. Wtedy trzeba budować bezpieczeństwo w samym środku grozy. To spojrzenie może być początkiem czegoś nowego – nie bez lęku, ale z miejscem na jego niejednoznaczną obecność.
Jak w śnie, w którym przypominamy sobie, że to tylko sen.
Jak w analizie, gdy mimo ciemności, która nas pochłonęła, zaczynamy wyczuwać istnienie rytmu, ciągłości i obecność drugiego człowieka.
Jak w uczuciu, gdy podczas filmu odnajdujemy rękę towarzysza.
Gestem odwagi nie jest więc walka z potworem, lecz spojrzenie mu w oczy –
aż zrozumiemy, że gdzieś tam patrzymy w siebie.
Zdjęcie: László Moholy-Nagy, Photogram




Komentarze